INSPIRACJE KULTURA

10 najpiękniejszych utworów z lat 60. i 70.

Przez cały mój okres nastoletni Tata stopniowo próbował zarazić mnie miłością do muzyki pochodzącej z lat 50., 60., 70., 80. Jako młody chłopak, a potem mąż mojej Mamy był takim maniakiem, że budził się w środku nocy, by zdążyć na audycję radiową i nagrywać swoje ulubione kawałki. Siadał potem z gitarą, brał do ręki swój wielki zeszyt, zapisywał chwyty, śpiewał i z piosenek uczył się angielskiego.

Po latach w końcu się udało – zaraziłam się. Ale nie przypadkiem! Z każdą wiązała się jakaś historia, pojedyncza chwila. I tak poniższe piosenki towarzyszyły mi i po kres świata towarzyszyć mi będą podczas pisania tekstów i powieści.

Pewnie część z nich znacie, ale i tak postanowiłam Wam o nich przypomnieć – zwłaszcza, że ostatnio aż roi się od coverów, przez które można zapomnieć o oryginalnych (najlepszych!) wersjach. W tytułach znajdziecie linki do YouTube’a. Wystarczy kliknąć. :)

Enjoy!

#1: NIGHTS IN WHITE SATIN. The Moody Blues, 1967.

Mój zdecydowany faworyt. Zamykam oczy i wszystkimi zmysłami czuję wokół chłodną, górską noc. Opodal pali się ognisko, nade mną – niebo pełne gwiazd. W oddali szumią drzewa iglaste w wielkiej przestrzeni lasów. Ze zboczy dobiega nas głos zasypiającego świata zwierząt i uderza nas świadomość przemijającego czasu i minionych wieków.

Cudowna kompozycja ujęta w wyjątkowy utwór, stworzony dzięki ciężkiej pracy muzyków. Stopniowe narastanie i tłumienie melodii, niezwykłe połączenie całej gamy dźwięków, w tle głosy, które przypominają chórki, choć równie dobrze mogłyby być orientalnym instrumentem… To wszystko wywołuje u mnie dreszcze.

#2: SOUND OF SILENCE. Simon & Garafunkel, 1964.

Hello darkness, my old friend. Już sam wstęp do tej piosenki porywa mnie całkowicie.

Mieliśmy 15 lat i uczyliśmy się ciszy. Wieczorami, tuż po odrobieniu lekcji, gasiliśmy światła w naszych domach i zakładaliśmy słuchawki. Trzy minuty przed zaśnięciem… Muzyka wypełniała nasze umysły ciszą. Nie znaliśmy się na psychologii, ale wtedy, w tamte dni szalonej młodości myśleliśmy zawsze pozytywnie. O miłości, która nadejdzie i o tym, że świat stoi przed nami otworem.

55TDWI6FC6

#3: AIN’T NO SUNSHINE. Bill Whiters, 1971.

Nie odzywał się do mnie już trzeci dzień. Po wielkiej, emocjonującej kłótni. Wzdychałam do komputera stacjonarnego w domu moich rodziców. I wtedy, w czasach, gdy Facebook dopiero raczkował, on wrzucił ten utwór na swoją tablicę. A w nim jest wszystko: miłość, tęsknota, rozpacz, spokój, oczekiwanie, pożądanie. Wiedziałam, co chce mi powiedzieć.

#4: THE HOUSE OF THE RISING SUN. Bob Dylan, 1962.

Jechałam właśnie na jedną z wycieczek, gdy człowiek, który kilka lat później miał mnie przypadkiem próbować utopić w jeziorze, nagle puścił zawiadiacko z telefonu tę piosenkę.

– Hej, ty! – krzyknęłam na cały autobus. – Ty, który puszczasz!
– Ja? – uniósł głowę w okularach znad fotela kolegi. – Tak? – zapytał niepewnie.
– Jak się nazywa ta piosenka?
– House of the rising sun – odpowiedział z ulgą.
– Dzięki! – wrzasnęłam i padłam na fotel.

I tak jedna z ukochanych piosenek Taty znalazła się na mojej playliście.

6PV7L7ZC8F

#5: SEALED WITH A KISSBrian Hyland, 1968.

Gdy miałam dziewięć lat, pojechaliśmy całą klasę nad morze na Zieloną Szkołę i zrobiliśmy sobie próbny występ przed wieczornym karaoke. Do konkursu zgłosił się wtedy najdziwniejszy chłopiec z klasy – człowiek, któremu do dziś pamiętam, jak dostał do dzienniczka uwagę o treści: X buja w obłokach na lekcji.

Wyszedł na środek i zaśpiewał. Siedzieliśmy jak zaklęci. Nikt nie spodziewał się takiego talentu i takich emocji w wykonaniu chłopca, który na pierwszych zajęciach z plastyki narysował krowę. Dziś jest wrażliwym artystą, którego bogate wnętrze tętni kolorami, natchnieniem i przestrzenią.

#6: A WHITER SHADE OF PALE, Procol Harum, 1967.

Styczeń. Sporo śniegu. Późny wieczór i milczące niebo pełne gwiazd. Jechałam autobusem, rozpamiętując jakiś śmieszny, zimny całus w policzek. Dawno, dawno temu. Tak wtedy się kochało. :)

#7: LADY D’ARBANVILLE. Cat Stevens, 1970.

Pierwsze pocałunki. I długie rozmowy w upalne wieczory. Granatowa sukienka po okresie głębokiego przekonania o nieśmiertelności spodni opuszczonych w kroku. Działka daleko od centrum miasta. Wąż z zimną wodą. Trochę chlapania. Dużo wygłupów. Chłodny dzień.

I ta sukienka, która już zawsze została skrzywiona – dłuższa z tyłu, naciągnięta ciężarem pochłoniętej wody.

OCEKCHHED5

#8: IMAGINE. John Lennon, 1971.

Rok 2010. Lato. Po raz pierwszy jako nastolatka postanowiłam pojechać na wakacje do babci i dziadka na wieś.

To wtedy pokochałam poranki. I beztroskę. Popołudniami brałam kocyk i chodziłam do sadu. Z książką pod głową kładłam się na plecach i patrzyłam przed siebie – na błękitne niebo i pojedyncze obłoki. Przyroda rozkwitała, drzewa pachniały, ptaki ćwierkały, a wokół mnie kwitły stokrotki. Coś we mnie wtedy pękło – dotychczasowa fanatyczka wielkich miast i sztucznych świateł zakochała się w naturze.

#9: BANGLADESH. George Harrison, 1971.

Budynek oficjalnie będący centrum kulturalnym miasta. Sala taneczna. Wyciszone ściany. Parkiet. Zapach wiszących wokół czarnych kotar. Moje złote buty na obcasie, zwiewna sukienka z dekoltem – idealna do tango i mężczyzna. Jeden z wielu, do których miałam słabość zważywszy na jego poczciwy charakter.

#10: SCARBOROUGH FAIR. Simon & Garfunkel, 1968.

W klasie maturalnej postanowiłam zacząć zapisywać sny. Gdy brakowało mi pomysłu na jedną ze scen w pisanej wtedy książce, gasiłam światło, puszczałam cichutko muzykę, zamykałam drzwi i kładłam się na łóżko, okrywając się kocem. Przy tej piosence powoli, dziecinnie, zaczynałam marzyć: o magicznych krainach, do których nie mamy dostępu. Były tam życiodajne owoce i szumiące strumyki, śpiewające ptaki i rozsypujące gwiezdny pyłek wróżki…

Więcej takich utworów możecie znaleźć na Spotify:

You Might Also Like