DUŻE PROJEKTY INSPIRACJE MY LIFESTYLE

2017. Tylko dobre wspomnienia.

Już w pierwszych dwóch miesiącach nowego roku posypały się wszystkie moje plany. Nie udało mi się ich odbudować ani na wiosnę, ani w wakacje, ani po powrocie na studia. Kolejne problemy nie napawały optymizmem, a im mocniej wierzyłam, że teraz już wszystko się ułoży, tym większym zaskoczeniem był kolejny kopniak od losu. I choć wiem, że mogłam mocniej stać na nogach, gdyby już na starcie początek roku nie podciął mi skrzydeł, paradoksalnie to własnie o tamtym okresie myslę najcieplej.

To był ostatni moment, kiedy naprawdę wierzyłam w to, że mogę wszystko. 

Dziś śmieję się na mysl o tym, jak naiwne były moje plany – zwłaszcza w zderzeniu z tym, co mnie pózniej spotkało. Chciałam założyć firmę, wydać książkę, przejść na wegetarianizm, przebiec kilka półmaratonów, zdobyć stypendium naukowe, przepisać się na SWPS i przeprowadzić się do Warszawy. Los jednak podstawił mi nogę, a ja obwiniłam za to cały rok 2017, nie dając mu żadnej szansy.

Ale pewnego zimowego wieczoru otuliłam się kocem, zaparzyłam herbatkę z cytryną, usiadłam na podłodze przed kaloryferem, wzięłam do ręki telefon i zaczęłam przeglądać zdjęcia. I nagle zrozumiałam, że byłabym niesprawiedliwa, oceniając go całkowicie negatywnie, bo mam kilka dobrych wspomnień, o których po latach będę myśleć ciepło i z ogromnym sentymentem.

Powinnam jak natychmiast skończyć z pisaniem rzewnych postów o swojej niedoli i jak najszybciej się zrekompensować.

Wybacz mi, 2017. Mam za co być wdzięczna.

WIECZORY TYLKO DLA SIEBIE I MIŁOŚĆ DO SNAPA.

Kiedy jeszcze mieszkałam na północy Krakowa, bardzo pielęgnowałam swój rytuał relaksujących czwartków. Po zajęciach szłam prosto do spożywczaka i robiłam gigantyczne zakupy, a potem zaszywałam się w kuchni na wiele godzin. Wyciągałam z torby butelkę słodkiego, czerwonego wina albo pitnego miodu, puszczałam ulubione piosenki i nucąc, godzinami testowałam nowe, wegetariańskie przepisy. 

Zamiast denerwować się na sąsiadów z dołu, którzy walili w kaloryfer, gdy rozkładałam kanapę albo głosno się śmiałam, raz na jakis czas odpłacałam im pięknym za nadobne, chichocząc na myśl, że mogą wezwać policję. Miałam do siebie tak dużo dystansu, że bawiłam się wybornie nawet wtedy, gdy zaklinowałam się na kilka godzin w pokoju i musiałam czekać na pomoc z zewnątrz, by móc coś zjeść i pójść do toalety.

To własnie wtedy uznałam Snapchat za medium, do którego niezaprzeczalnie najbardziej pasuję. Całymi dniami wygłupiałam się do telefonu, tańczyłam do disco-polo, skakałam po łóżku i przerabiałam piosenki. Dwa tygodnie przed sesją śpiewałam: „Niech inni w słońcu, my w deszczu, niech inni w czerwcu, lecz my we wrześniu.”, a w Tłusty Czwartek, że po „…donuta, donuta piechotą będę szła.” Wprowadziłam też wątek misia Grzegorza, który trzymał kciuki przed sesją za wszystkich studentów i czasem tańczył do niektórych utworów razem ze mną.

Nic mnie nie dołowało. Wszystko mnie śmieszyło.

NO I KLOPS. WPADŁAM JAK ŚLIWKA W KOMPOT.

Nigdy bym siebie o to nie posądziła, ale stało się – zakochałam się w bieganiu. Latem nie straszne mi były upały i komary, a zimą – chrupiący śnieg pod neonowymi butami i minus dwanaście stopni na zewnątrz. Biegałam przed północą, biegałam w deszczu, biegałam z chorobą. Bieganie podnosiło mnie na duchu, przywracało wiarę w siebie i dodawało odwagi. Uzależniłam się tak, że w marcu przebiegłam swoje pierwsze 15 km, choć był to dla mnie tak ogromny wysiłek, że wracając, w tramwaju, myślałam, że zwrócę wszystko, co zjadłam w ciągu ostatniego tygodnia.

Wiosną Krowodrza Górka tonęła w zieleni. Strumyczek. Szum samolotów. Światła mieszkań. Ćwierkanie ptaków. Zapach czarnego bzu. Latem zachwycalam się kwitnącymi drzewami na Śląsku i nocami na Ruczaju. Pisałam, że nigdy nie zapomnę tych powrotów do pustego mieszkania, krótkich tras, długich świateł. I jazzu w tle na słuchawkach i wody z cytryną i miętą w butelce.

Nawet jesienią, gdy tonęłam w pracy na studiach wychodziłam nasycić się światłami miasta i zapachem deszczu, chłodem wieczoru i szumem samochodów. Kilometry mijały, a ja nawet nie wiedziałam kiedy. I wracałam jakaś taka lżejsza – jakbym wybiegała wszystkie smutki świata. 

NAWET GDY NIE PISZĘ, TO I TAK PISZĘ.

Niemal natychmiast po tym, jak ogłosiłam miesięczną przerwę od bloga i social mediów, stanęłam przed nowym wyzwaniem – miałam nauczyć się pisać piosenki. Całymi dniami chodziłam po mieście w dżinsowej kurtce, trampkach i czerwonej szmince i szukałam inspiracji. W deszczu na Kazimierzu słuchałam Podsiadło i jego intepretacji Lipstick on a glass, w słońcu na balkonie słuchałam XXANAXX i wyobrażałam sobie, że mieszkam w Warszawie.

I chociaż moja praca z pracą Osieckiej niewiele miała wspólnego, to i tak czułam, że jest to jeden z najbardziej twórczych okresów w moim życiu.

KONCERTY, NIEZWYKLI LUDZIE I DUŻO, DUŻO PIZZY.

Przez kontakt ze światkiem muzycznym moje życie nagle tak zawirowało, że przypadkiem znalazłam się na wydarzeniach, na które sama na pewno bym się nie wybrała. Najpierw koncert Janusza Radka i promocja jego nowej płyty, pózniej koncert Organka, backstage i zdjęcia z poziomu sceny, a na koniec wieczór autorski Michała Zabłockiego – poety, tekściarza, autora Brackiej, Cichoszy i całej Księgi Emigrantów Czesława Mozila. 

JEM ARBUZY, JEM ARBUZY NA CZAAAS.

Lato dopadło mnie nagle i totalnie sobą zachłysnęło. Na uczelnię chodziłam w sukienkach i szpilkach, a na miasto z plecakiem i w trampkach. Żywiłam się głównie arbuzami i wydałam mnóstwo pieniędzy na gadżety do biegania – krótkie spodenki, kolorowe bluzki i pas na bidon z wodą. Włóczyłam się po barach na Dolnych Młynów, a po egzaminach poszliśmy ze znajomymi oglądać wschód słońca. I nareszcie pierwszy raz w życiu zdałam wszystko w pierwszym terminie! Po tylu porażkach, rzuconych studiach i poprawie matury, to był dla mnie najlepszy dowód na to, że jestem dokładnie w tym miejscu, w którym powinnam być.

Byłam przeszczęśliwa i bardzo nakręcona na to, by żyć pełnią życia.

Potem przeprowadzka na Ruczaj, o którym marzyłam całymi miesiącami, ucieczka od centrum miasta i długo oczekiwany tydzień, w którym naprawdę nie miałam problemów, a jedyne, co mnie zajmowało, to klepanie maseczek na twarzy, przesiadywanie na balkonie i malowanie paznokci.

ZOSTAŁAM MATKĄ!

W tym roku wiosną urodził mi się ukochany chrześniak i przez całe wakacje trochę przy nim pomagałam. Jako ostatni potomek w rodzinie byłam wychowywana przez rodziców i dorosłe rodzeństwo i nie miałam bezpośredniego kontaktu z małymi dziećmi, dlatego opieka nad nim była jednym z największych wyzwań i najciekawszych doświadczeń, jakich zaznałam w życiu. 

Miałam więc z życia wziętą praktykę z psychologii rozwojowej i mogłam obserwować, jak w rzeczywitości funkcjonują podręcznikowe teorie. Głównym tematem rozmów były u mnie kolki, kupki w kolorze marchewki i wyrastanie mleczaków. Zasypiałam na poduszce do karmienia piersią, przygotowywałam cuchnące kaszki i mleko, smarowałam małe dziąsła maściami, a bywało, że jak pokręcona zrywałam się w nocy na jakies westchnienie i łapałam za rączkę, choć wszyscy wokół spali.

Łącznie z winnym mojej pobudki.

Nauczyłam go pokazywać język i pluć, rozśmieszałam go wyciem wilka i chrumkaniem świnki. Spania tam nie było, ale w zamian dostałam dużo miłości, całusów i przytuleń. Zupełnie nagle pokochałam nad życie ten słodki, obśliniony, czerwony od wysypki dziób, który się do mnie śmiał i mówił: „A-guuu!”. W końcu musiałam przyznać, że naprawdę nie ma nic lepszego niż o 4.30 złapać małą rączkę, gdy na pół domu woła do lampy: „Ałuuu! Jiiiii.”

Ale cieknącej ciurkiem śliny brzydzę się do dzisiaj. Brr. Z tego się nie wyrasta.

DALEKIE PODRÓŻE I PIERWSZE SPOTKANIA Z CZYTELNIKAMI

Sporo osób w ostatnim czasie pytało o spotkanie z czytelnikami. Uznałam, że będę takie rzeczy organizować w ramach projektu zwiedzania największych miast Polski, o którym pisałam kilka miesięcy temu. Co prawda ciągnące się tygodniami choroby przesunęły moje wyjazdy, zepsuty telefon zniweczył plany robienia fotoreportaży, ale i tak nie poddałam się na zawsze.

Zwiedziłam Gdańsk i Poznań, odwiedziłam przyjaciół w Dęblinie i Tomaszowie Mazowieckim, a na koniec pojechałam do Warszawy na Blogowigilię i spędziłam ze znajomymi bardzo dziwną noc w ciemnej, zimowej Warszawie. Dzięki podróżom poznałam kilku moich czytelników – i ubawiłam się jak diabli. Prawdziwych twarze, prawdziwych głosów i prawdziwych ludzi nie zastąpią nawet tysiące bezosobowych łapek w górę.

A POZA TYM… MAM KOTA!

Tak naprawdę wcale nie jest mój, należy do moich wpółlokatorów, ale i ja chodzę z podrapanymi rękami, co jest najlepszym dowodem na to, że tez go kocham. Nigdy nie miałam zwierzaka, a zawsze o tym marzyłam, więc choć to nie należało do moich planów na 2017 rok, to też uznaję za ogromny pozytyw w życiu i w jakimś sensie – spełnienie marzeń. 

PRZEŻYŁAM. JEST DOBRZE.

Gdybym nie wyrobiła w sobie nawyku fotografowania wszystkich pięknych i ważnych dla mnie chwil i wydarzeń, nigdy nie doceniłabym tego roku. Czasami lubię rozliczyć się z przeszłością, ale to zdecydowanie nie jest ten moment. Teraz jest odpowiedni czas na to, by nastawić się pozytywnie na 2018 rok i zacząć kolekcjonować wspomnienia od nowa.

Nie chcę w nowy rok wkraczać z bagażem złych emocji.

Zabieram ze sobą tylko to, co było dobre. 

You Might Also Like