LIFESTYLE PROJEKTY

Jak nie jeść mięsa, które kocha się całym serduszkiem?

W pierwszym miesiącu blogowania opublikowałam jako jeden z pierwszych tekst Od mamy wracam grubsza, który usunęłam jakiś czas temu, bo przestał być zgodny z wartościami, jakie w tej chwili wyznaję. Opowiadałam w nim o mojej miłości do mięsa: potrawki z kurczaka, gotowanej kury, kotletów z piersi w panierce, zup na kurzym udku, kotletów mielonych, kanapek z salami, kiełbaski z ogniska. Napisałam w nim, że ja nawet zostałabym tą wegetarianką, ale wszystko – tylko nie mięso.

Mija już pół roku, odkąd nie jem mięsa i ostatnio ktoś znów mi o tym tekście przypomniał. I to nie jest pierwszy raz. W tej chwili mamy 200 tekstów i półtora roku później, a ludzie wciąż pamiętają o tym, jak pisałam o soczystej piersi w ananasie, kukurydzy i paprykach. 

Unikam mięsa na co dzień, ale moja idea jest warta ani tego, by nie zjeść obiadu, gdy barze na wydziale akurat skończy się wegetariańska tarta, ani tego, by sprawić komuś problem na weselu, urodzinach albo stypie. To margines błędu, który od początku uwzględniałam w swoich planach. Nie staje mi więc w gardle ani trzy razy zjedzony rosołek, ani dwa razy zjedzona ryba, ani nawet raz zjedzone skrzydełka z kurczaka. I zjadam je spokojnie, choć ze smakiem.

Nic się nie zmieniło. Wciąż kocham mięso. Dlaczego więc zmuszam się do takiego radykalizmu?

MĄDROŚĆ TŁUMU.

Na temat mojej diety i braku składników odżywczych przeważnie próbują się wymądrzać osoby, których menu składa się w głównej mierze z cukru i tłuszczy. Kilogramami wcinają czekoladę, chipsy i pizzę, ukochane smażą mięso w oleju słonecznikowym, a ilość jarzyn w ich diecie jest tak znikoma, że niemal niezauważalna. Nie jedzą surowych warzyw, nie przepadają za owocami, bo przecież to sam cukier i jak już tyć, to na ciasteczkach, a nie na wysokokalorycznych bananach.

Nie mam żadnych podstaw naukowych, nie twierdzę, że u każdego tak to działa, ale wiem, co widzę u siebie. Choruję mniej. Przez kilka ostatnich lat łapałam przeziębienie co chwilę i mimo natychmiastowej reakcji – witaminy C, kropli, syropku – zwykły wirus ciągle przeradzał się w zapalenie krtani, a czasem w anginę albo zapalenie oskrzeli. Kiedy nadchodziła zmiana pogody i wszyscy wokół mnie walczyli z chorobami, nie było opcji – musiałam dołączyć do ich grona. Poważnie martwiłam się o swoją odporność.

Od stycznia byłam chora raz. I po raz pierwszy miałam ten słynny katar, o którym wszyscy mówią, że mija po dwóch tygodniach. Pierwszy raz. Od lat. Bez antybiotyku i angażowania lekarzy. Czy się oszczędzałam? A skąd. Biegałam w deszczu, w śniegu, przy -12 stopniach, nie spałam po nocach, we krwi miałam podwyższony poziom kortyzolu (hormonu stresu) i wszystko wskazywało, że mój organizm jest idealnym miejscem do rozgoszczenia się bakterii. Nic z tego.

To nie jest placebo. Nie oczekiwałam takiego efektu.

PRZESZŁOŚĆ.

Jako dziecko byłam co rusz zapisywana i wypisywana ciągle z tego samego przedszkola. Nieustanne choroby podważały sens wydawania pieniędzy na opiekę z zewnątrz. Moja mama była zmuszona do nieustannego siedzenia ze mną w domu i pilnowania, by biedne dziecko wzięło lekarstwa. Pocieszali ją, że to ponoć mija, że reguła jest taka, że albo chorujesz jako dziecko, albo jako dorośły. I że może lepiej teraz niż za kilkadziesiąt lat, bo potem organizm gorzej znosi.

Ale jako trzy latka ogłosiłam wszem i wobec, że tylko mięsko, chlebek, słodycze i owoce, bo warzywa są be, a ser śmierdzi. Nie winię moich rodziców, bo wiem, jaki mam charakter i wiem, że nie szło mi przegadać – tak jak i dzisiaj. Co więcej, dwadzieścia lat temu nikt nie prowadził tylu badań nad składem tego, co spożywamy. Całe dzieciństwo zajadaliśmy się Nutellą i Danonkami, a parówki popijaliśmy sokami z owoców i cukru.

Nawet jeśli dzieciństwo rządzi się swoimi prawami, to wkroczyliśmy w młodość nafaszerowani antybiotykami, które dodawane są do przetworów mięsnych i uzależnieni od cukru – i nie mam tu na myśli fruktozy. Jako czternastolatka wyglądałam, jakbym była w ciąży – przez taką ilość czerwonych rozstępów i celluitu. Każdy problem zajadałam tym, do czego byłam najbardziej przyzwyczajona. Dużo mięsa. I dużo słodyczy. 

Nawet jeśli nie stać mnie na całą gamę różnodornych produktów BIO dostępnych na rynku, posiłkuję się tym, co jest w miarę tanie. I tyle mi na razie wystarczy – choć zdaję sobie sprawę z pryskania owoców i warzyw. Ale wierzę w to, że pewnego dnia będę miała wystarczającą ilość pieniędzy, by co miesiąc żywić lepiej nie tylko siebie, ale i swoją rodzinę. Z tego samego powodu segreguję śmieci, nawet jeśli wszyscy oprócz mnie i tak wrzucają opakowania po jogurtach, ciastkach i butelkach po wodzie do wspólnego kosza. To nie ma znacznia. Chodzi o nawyk.

NAWYK POMIMO NAWYKÓW. 

Na śniadania jedzą bułkę z szynką i serem. Na obiad – rosół, pomidorową albo barszcz. Na drugie danie – kotlety z ziemniakami posypane koperkiem, do tego – mizeria. Na kolację – bułka z salami i pomidorem. Po drodze jakiś baton, pączek, ciastka i słodki soczek. Tak zwykle wygląda codzienność osób, które mówią mi o zróżnicowanej diecie.

Będzie mi się śnić, jak pożeram kotlety, zajadam się potrawką mojego taty, jak o 22 pochłaniam pomidorówkę mojej mamy. Idea ochrony zwierząt to czasem za mało, by przestać tęsknić za mięsem. To był nawyk, który towarzyszył mi codziennie przez dwadzieścia jeden lat. Podjęłam decyzję nie tylko dla zwierząt, które kocham, choć nigdy nie miałam nawet żółwia.

Mój organizm już mi dziękuje.

You Might Also Like