MY LIFESTYLE SPORT I DIETA VEGE

Wracam do swojej terapii.

Czuję, że stoję na skraju przepasci. Stopami naruszam suchą, ziemistą krawędz i słucham, jak pojedyncze grudki wolno sypią się w dół. To już nie jest kwestia decyzji, nie został mi nawet krok, by przekroczyć granicę i cicho stoczyć się w otchłań. Wystarczy podmuch wiatru. Wystarczy, że zaszumi mi w głowie.

Patrzę przed siebie. Po drugiej stronie jest tylko pustynia, nagie gałęzie i gęste, ciemne chmury. Dzień został gdzies daleko za mną. Cały swiat wygląda, jakby zaraz miał umrzeć. Myslę o tym, kim byłam, gdy miałam piętnascie lat. Łzy płyną mi ciurkiem po twarzy. Nie wierzymy już w miłosć, nie wierzymy w Boga, przestalismy wierzyć nawet w to, że kiedys staniemy się kims wielkim. Nie mamy już szans. 

Czuję, że straciłam kontrolę. Czuję, że oddałam się w ręce losu.

Nie ma wybaczenia dla błędów. Nie ma zrozumienia dla beztroski. 

Nie ma znaczenia, co studiujesz, kim jestes z zawodu ani czy obiektywnie rzecz ujmując, masz dobry etap w życiu.

Każdy z nas może tak mieć.

*

Dręczy mnie nieugaszone pragnienie zrobienie czegos złego, nieodwracalnego. Czegos, czego będę żałować przez całe życie. Czegos, czym będę się zadręczać w chwilach zwycięstwa przez kolejne lata. Czegos, co będzie moim wewnętrznym głosem, wyrzutem sumienia, co przypomni mi, że nie jestem nikim wyjątkowym. I będzie symbolem mojej porażki.

Myslę o tym, żeby zamknąc bloga. Rzucić pracę. Albo wypisać się ze studiów, bo wiem, że nie dam rady. Jestem za słaba, nie przetrwam kolejnych egzaminów.

Próbuję wziąć się w garsć, nabrać motywacji do życia. Odpisuję na dziesięć z trzynastu nieprzeczytanych wiadomosci i czuję się trochę lepiej. Następnego dnia na skrzynce mam osiem nowych powiadomień. Chce mi się płakać. Nie ogarniam. 

Powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze i to tylko choroby, które ciągną się za mną od kilku tygodni. Jeszcze tylko trzy dni sterydów, wyzdrowieję i wszystko wróci do normy. Będę biegać, będę szaleć, będę działać zgodnie z grafikiem, będę czuć zapał do pracy i energię, która nadaje rzeczom bieg. Biorę ostatnią tabletkę.

Dwie doby pózniej znów siedzę w poczekalni.

Jak ja mam tego dosyć.

*

Kiedy wychodzę z domu, czuję, jak w srodku cos rozrywa mnie na strzępy. Cos mnie bardzo boli, ale nie wiem, co to jest. Czuję się tak, jakbym skończyła wieloletni związek. Związek? Jaki związek?

Chcę sobie pomóc, więc ogarniam sprawy. W sklepie z elektroniką nie przyjmują reklamacji, w sklepie z książkami mówią, że na zwrot miałam czternascie, a nie trzydziesci dni, w sklepie z ciuchami czekam dziesięć minut na wymianę, choć potwornie się spieszę. W autobusie podchodzę do tablicy z przystankami, ale pojazd gwałtownie skręca, więc tracę równowagę, telefon wypada mi z rąk i roztrzaskuje się na trzy częsci. 

Jadę do domu, zakładam nowe dżinsy i chcę isc na zajęcia. Za duże, za duże, wciąż za duże, bo nie  miałam już czasu ich przymierzyć. siadam na łóżku, żeby się przebrać i czuję, jak stelaż zawala się pod moim ciężarem. Wzdycham, hamując łzy. Chwytam za kubek z ciepłą herbatą. Częsć wylewam na siebie, częsć na podłogę.

Jezu. Jestem taka beznadziejna.

*

Po południu nareszcie odbieram telefon z serwisu. Mam nadzieję, że poprawi mi nastrój, bo od dwóch miesięcy nie mogę normalnie blogować. Zdążyłam już zapomnieć, jak działają aplikacje. Patrzę, jak spada mi zasięg i wiem, że to już dwa lata, a ja ciągle stoję w tym samym miejscu.

Koles w serwisie mówi, że nic już więcej nie może dla mnie zrobić. Jesli telefon znów zacznie wariować, mam rozejrzeć się za nowym. Dziękuję i wychodzę uszczęsliwiona. Nareszcie muzyka, nareszcie zdjęcia, nareszcie internet, mapy i snap.

Wyłącza się po trzech godzinach, kiedy docieram do domu. 

*

Patrzę w lustro na swoją twarz z resztkami makijażu. Nie wyglądam dobrze. Wyglądam na zmęczoną. Myslę, że potrzebuję gorącej kąpieli i wina. I tego, żeby ktos wykonał za mnie moje obwiązki. Ostatni raz dmucham nos, biorę kilka łyków zimnej wody z cytryną i powoli gaszę wszystkie swiatła.

Pół godziny temu leżałam pod kołdrą i kocem, po kawie, przytulona do poduszki i miałam przespać się chwilę przed pracą i wykładem, a teraz zakładam kurtkę, ubieram buty i wychodzę w deszcz. 

Dziękuję sobie za wiarę w siebie.

Tylko ja mogę sobie pomóc.

*

Biegnę prosto w ciemnosć wzdłuż rzędów swiateł. Przede mną gęste chmury. Podnoszę głowę i widzę – ostry kant szklanego budynku i jakies neonowe logo. Patrzę w ziemię. Neonowe buty. Poza tym czerń i woda. 

W oczach stają mi łzy. Może to smog, może wiatr, a może po prostu biegnę i ryczę. Myslę, że nie mam siły na to wszystko i mocno przyspieszam. Wdycham zapach filtra, dociskam słuchawki do uszu i czuję, jak na twarz kapią mi pierwsze krople deszczu. Cholera, nie powinnam…

Kilkaset metrów przed standardową połówką trasy robię przerwę, żeby wydmuchać nos i się wykaszleć. Ile zrobiłam? Trzy kilometry? Lepsze to niż nic. Wracam piechotą i skręcam na jakis parking. Pięć minut szukam wyjscia. W końcu znajduję zardzewiałe drzwiczki. Kałuże. smutni ludzie. Maski.

Następnego dnia powtarzam terapię.

Kilka dni pózniej nie mam już nawet kataru.

*

Przez cztery lata będą podcinać się skrzydła, a los będzie ci rzucał kłody pod nogi.

Za cztery lata spełnią się wszystkie twoje marzenia.

„To już za cztery lata.” – myslę.

W to jedno na pewno wierzę.

You Might Also Like