DUŻE PROJEKTY PODRÓŻE I MIEJSCA STUDIA

Wyjeżdżam do Hiszpanii.

Just because I’m losing,
doesn’t mean I’m lost. 

Coldplay

Kiedy przeprowadzilam się do Krakowa, miałam dziewiętnaście lat i byłam przekonana, że właśnie zamieszkałam w mieście swoich marzeń. Po pierwszej nocy spędzonej w wynajmowanym mieszkaniu szłam piechotą na dworzec i czułam, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Kilka miesięcy wcześniej odebrałam przeciętne wyniki z matury, zakończyłam wieloletni związek i nie skończyłam nawet swojej pierwszej książki, a teraz byłam świeżo upieczoną studentką polonistyki na UJ, miałam mieszkanie na granicy Kazimierza i szłam z maszynopisem tomiku w walizce.

Wszystko zdawało mi się układać w jedną całość.

Miałam jeszcze trochę czasu, więc skręciłam na Stare Miasto i szłam przez ciche, wąskie uliczki, od których bił chłód i majestat, pełna wiary w to, że teraz spełnią się wszystkie moje marzenia. Wydział znajdował się dwie ulice od Brackiej i kawiarni Turnaua, pięć minut od Rynku i Piwnicy pod Baranami, o której marzyłam, odkąd po raz pierwszy usłyszalam piosenkę Ta nasza młodość. Chciałam chłonąć klimat miasta, spędzać dnie na szukaniu inspiracji do pisania i czytaniu książek w wygodnych, kawiarnianych fotelach.

Miałam marzenia i czułam, że w tym mieście mogę być naprawdę sobą. Otaczały mnie antykwariaty i teatry, mijali mnie ludzie z rozwianą czupryną, okularami na nosie i skórzaną torbą pod pachą, z której wychylały się rogi zaczytanych książek. Byłam przekonana, że ten świat przyjmie mnie z otwartymi ramionami, a ja wsiąknę w zapach kurzu i grzanego wina jak kolejny element wielkiej układanki.

Zachwyt i wzruszenie niosły mnie przez pierwsze kilka miesięcy. Zaczęłam pracę w drukarni i treningi pływania, a kiedy stanęłam przed czasowym wyborem, wolalam biegać na kurs salsy niż na wykłady z literatury. Z miesiaca na miesiąc czułam coraz większe rozczarowanie. Kadra zapatrzona w swoje tytuły, artyści zachłyśnięci własnym geniuszem i ten niepowtarzalny klimat zamieniany w biznes dzięki naiwności tysięcy turystów tak naiwnych, jak ja dawniej… 

Nie znalazłam w tym świecie ani akceptacji, ani spełnienia, ani miłości.

ZROZUMIAŁAM, ŻE NIC MNIE W KRAKOWIE NIE TRZYMA.

Od bardzo, bardzo dawna jestem sama. Nie ma nikogo, kto przygotowałby dla mnie kolację, wieczorem obejrzał ze mną film pod kocykiem i zrobił mi zakupy, gdy jestem chora. Nikt nie kupuje mi kwiatów, nie mówi, że pięknie dziś wyglądam i nie przytula mnie, gdy umrze mi ktoś bliski. Gram w tę grę w pojedynkę

Pracuję zdalnie, nie ma więc dla mnie znaczenia, czy piszę artykuł albo udzielam korepetycji z własnego pokoju, hotelu, autobusu, kawiarni czy drugiego końca świata. Biegać mogę po śniegu, po piasku, w deszczu albo chwilę po wyjściu z ciepłych fal oceanu. Mówię po angielsku, mówię po hiszpańsku, nie ma więc dla mnie znaczenia, w jakim języku oglądam filmy, rozmawiam ze znajomymi czy uczę się neurobiologii.

Zrozumiałam, że nic mnie w Krakowie nie trzyma – mogę być gdziekolwiek, z kimkolwiek i robić cokolwiek tylko chcę. To przekleństwo, ale też błogosławieństwo. Za jednym razem.

Hit the road, Nat.

DŁUGO SIĘ WAHAŁAM.

Termin rekrutacji wypadł w pierwszy dzień sesji. Dowiedzialam się kilka dni wcześniej, więc cały weekend spędziłam na pisaniu podań, CV, listów motywacyjnych i tłumaczeniu ich na angielski. Nie miałam czasu na zastanowienie. Podpisałam teczkę, włożyłam do srodka dokumenty i pobiegłam na uczelnię. A potem stanęłam przed szufladką, zobaczyłam, że drżą mi ręce i zawahałam się.

Nigdy nie planowałam wyjechać za granicę w ramach słynnego programu unijnego, bo mam o Erazmusie takie samo zdanie jak wszyscy. Ale dla mnie Hiszpania to coś więcej, niż palmy, ciepłe plaże i arbuzowe mojito – to symbol spełnionych marzeń. I zawsze chciałam zamieszkać tam na dłużej, a Erazmus pozwala mi to zrobić, nie opózniając ukończenia studiów po raz kolejny.

Może gdyby moje życie w Krakowie było takie, jak to sobie wymarzyłam, podjęłabym inną decyzję. Może gdybym odnalazła swoje miejsce w środowisku artystycznym, czułabym, że tu przynależę. Może gdybym miała obok siebie kogoś, kto mnie kocha, nawet do głowy by mi nie przyszło, ruszyć z miejsca. 

Ale zdecydowałam, że zaryzykuę, dlatego wrzuciłam teczkę do środka.

NIE WRÓCĘ DO KRAKOWA.

Na mojej liscie marzeń od dwóch lat jest Warszawa – rozpędzone metro, zabiegani ludzie, bratnie dusze, przestrzeń między budynkamii i pociągi w każdą stronę. Chcę zobaczyć, jak to jest mieszkać w stolicy. A gdy mi się znudzi, widzę siebie nad morzem – jak z kubkiem termicznym w dłoni i średnią krajową na koncie szybkim krokiem o poranku idę przez miasto oswietlone wiosennym słońcem. W międzyczasie – może Camp America albo Work & Travel: żółte taksówki, różnorodność kulturowa, spcacer po Central Parku i wymarzona podróż na Kubę. 

Od dawna duszę się w Krakowie. Czuję, że nie jestem w stanie dłużej tu wytrzymać. Tak, to ucieczka od problemów, samotności, od życia, w którym nic się nie zmienia. Ale kiedy staję o świcie przy oknie w schronisku w górach, patrzę na wzgórza, po ktorych będę się wspinać, a w rękach trzymam kubek z herbatą, który nie jest mój – czuję się spokojna i pogodzona z losem. I nie ma znaczenia, czy jestem sama, czy jestem częścią jakieś społeczności – najważniejsze, że czuję się częścią świata.

Nie wrócę na stałe do Krakowa. Zawsze już będę tu tylko na chwilę. 

Nie muszę mieć jednego miejsca na Ziemi. 

You Might Also Like