BLOGOWANIE MOTYWACJA RELACJE

Znamy się tylko z WordPressa.

Powtarzałam jej od miesięcy, że przyjdę na ten ślub bez partnera. Zawsze wolałam być niezależną singielką, niż wypożyczać do towarzystwa kogoś z zajętych przyjaciół. Ale potem pojechałam na grudniową imprezę do Warszawy, a ona kilka godzin przed oddaniem ostatecznej listy gości postanowiła, że zapyta jeszcze raz. 

I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

Ja czytałam jego artykuły. On czytał moje. Pół roku wczesniej dodaliśmy się do znajomych, ale nigdy nie widzieliśmy się na oczy. Poprawialiśmy sobie literówki, wybieraliśmy dla siebie logo, komentowaliśmy jakość swoich reklam i godzinami rozprawialiśmy o strategiach zarządzania czasem. I psychologii. I muzyce. I bieganiu. I wspólnych znajomych z sieci, których znalismy tylko z WordPressa.

Było trzy tygodnie do wesela. I jeden wieczór do oddania listy gości. 

Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę to robimy.

A potem już tylko gonitwa, dziesiątki zdjęć i lekka adrenalina. Błyszcząca sukienka, czarne szpilki i torebka, granatowy garnitur, biała koszula i czarna muszka. Wybieranie prezentów, kilka snapów z Ikei i odliczanie dni. Pózniej wigilia, pierwszy dzień swiąt i troskliwe spojrzenia rodziny. Czy ja oszalałam?

Po ośmiu godzinach podróży, trzystu pięcdziesięciu przejechanych kilometrach i jednej kawie w końcu wysiadł na moim dworcu. Cały na czarno i tak wysoki, że ledwo go poznałam. Kiedy siedzieliśmy z rodziną przy stole, czułam, że obserwują każdy nasz ruch. Tymczasem on zachowywał się tak naturalnie, jakby w każde święta wsiadał w pociąg i jezdził przez pół Polski do kobiet, których nigdy wcześniej nie widział. Tylko po to, żeby chodzić z nimi na wesela.  

Potrzebowałam trochę piwa. I długiego spaceru.

Piętnaście minut pózniej szlisśmy energicznym krokiem przez zimne, opustoszałe miasto, śpiewając: Dzisiaj pierwsza konwersacja, lecz się znamy z jakis rok. A potem jedna impreza, dwie noce przegadane do białego rana i pociąg, który mógłby nawet nie przyjeżdżać.

I już wiedziałam, że to był strzał w dziesiątkę. 

TEN ŚWIAT JEST NAPRAWDĘ DOBRY.

Teraz czuję, że nic mnie w Krakowie nie trzyma. Mieszkam tu czwarty rok, ciągle w pojedynkę, w piątym czy szóstym miejscu do życia. Pracuję zdalnie, piszę z kawiarni, a uczyć się będę dopiero po północy. Mówię po hiszpańsku, mówię po angielsku, a biegam w smogu i większość czasu spędzam na uczelni.

A przecież świat jest takim fajnym miejscem.

Niejeden raz byłam zmęczona blogowaniem. I wciąż nie byłam pewna, czy na pewno chcę to robić na stałe. Brakowało mi pomysłów, czasu dla siebie i satysfakcji z wielu godzin pracy. Zamiast sukcesów, widziałam tylko problemy. Strony z kilkusettysięczną społecznością cytowały moje słowa z podpisem „Źródło: Internet”, setki osób przylepiło je na swoje tablice, a ja w ciągu dwóch lat nie zebrałam nawet pięciu tysięcy czytelników.

Nie wiedziałam nawet, czy się cieszyć, że ktoś mnie jednak kocha, czy płakać nad tym, że administratorzy stron, których podpis mógłby mi pomóc, dbają tylko o swój interes i nie mają do mnie żadnego szacunku.

Weszłam w blogosferę, choć wcale tego nie chciałam.

Przeżyłam, bo miałam twardą dupę.

ZOSTAŁAM, BO POZNAŁAM CUDOWNYCH LUDZI.

W ciągu ostatnich dwudziestu miesięcy poznałam tak niesamowitych ludzi, że to aż dziwne, że siedzimy w tym razem i bardzo się lubimy. Piszą o miłości, biznesie, gotowaniu, psychologii, bieganiu albo o fokach. Planują zacząć studia, właśnie bronią magisterkę albo są wykładowcami. Mieszkają pod lasem, w górach albo w stolicy. Budują społeczność, budują markę albo budują masę. Pragną zarabiać, pragną pomagać, walczą o trochę szczęścia.

I mają dystans. I dużo tolerancji.

I w żadnym środowisku nie czułam się tak dobrze jak z nimi.

Kiedy zaczynałam działać w sieci, czułam się trochę tak, jakby ktoś wrzucił mnie do ruchomych piasków i był przekonany, że raz-dwa wydostanę się na stały ląd. Potrafiłam tylko pisać, nie znałam się na niczym konkretnym i nie miałam pojęcia, czym jest pozycjonowanie, jak prawidłowo działać w social mediach ani jakie reklamy są najbardziej skuteczne. Patrzyłam, jak wszyscy wokół mnie osiągają sukcesy, nawiązują współprace i zarabiają pieniądze, a ja nigdy nie otworzyłam nawet zakładki kontaktowej, bo wciąż nie byłam pewna, czy chcę żyć z reklam.

Nie miałam żadnego planu na siebie. Myslałam tylko o tym, że jestem i chcę być pisarką.

TAK DZIAŁAJĄ LUDZIE, KTÓRYCH ZNAMY TYLKO Z WORDPRESSA.

Minął rok od naszego pierwszego spotkania. Przeszliśmy przez setki trudnych rozmów i załamań, pokonaliśmy największe życiowe kryzysy. Przeżyliśmy parę koncertów i dużych imprez, poznaliśmy dziesiątki nowych ludzi i kilka nowych miejsc. I spotkaliśmy się kolejny raz tym razem w Krakowie – by razem opracować plan, jak podbijać świat. 

I znów gonitwa, sukienka, koszula. I znów prezenty i kilka zdjęć, znów jakis dworzec i odliczanie sekund. A potem dziesiątki wypitych kaw, setki wystrzelonych petard, jeden montaż, dwie pompki i pięć kilometrów biegu. Kilka nowych marzeń, dużo motywacji. I znów autobus, który mógłby nigdy nie przyjeżdżać. 

Teraz dokładnie wiem, czego chcę od siebie, od bloga, od życia.

Teraz wiem wszystko. Oprócz tego, czy się uda.


Hej, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub ten wpis i moją stronę na Facebooku, napisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że w dobie cięcia zasięgów moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś. :)

                                                                                                                                      

You Might Also Like