DUŻE PROJEKTY MY LIFESTYLE PODRÓŻE I MIEJSCA

Poznań. Miasto nie na pokaz.

Przekręcam klucz. To moja ostatnia szansa. Jeśli nie zdążę na ten tramwaj, nie zdążę na przesiadkę, nie zdążę odebrać telefonu od Madzi, nie zrobię zdjęć i zgubię się w Poznaniu. Biegnę po chodniku, ciągnąc za sobą ciężką walizkę, bo chociaż to tylko 3 dni, to bez laptopa, notatek z neurobiologii i kserówek z hiszpańskiego nie ruszam się z miasta. Buty do biegania zabieram wyjątkowo. Potrzebuję ich jak nigdy.

Jest 23, jest mi zimno i krople deszczu uderzają mi o twarz. Kaszlę, powinnam, cholera, leżeć teraz w łóżku, zapadać się w materac, tonąć w kołdrze i przytulać do poduszki. Zaczynam się zastanawiać, po co mi to. Komu ja chcę coś udowodnić? Nie mam w Poznaniu nikogo bliskiego. Nie mam tam nic do załatwienia. I tak po prostu w środku nocy jadę sobie na drugi koniec Polski.

To jest tak idiotyczne, że przygryzam wargi, żeby nie roześmiać się przy ludziach.

Wyprzedzam wszystkich ludzi na pasach, na dworcach, na placach. Mam dobre metody przeciskania się przez tłum, siłę w łydkach od biegania, nieobecne spojrzenie i wyniosłą minę wariatki. Wchodzę do autobusu i po piętnastu minutach zasypiam jak dziecko, choć jest dopiero pierwsza. Nim zasnę, uparty głos w mojej głowie znowu przypomina, że mogłabym teraz leżeć w ciepłym łóżku, zamiast otulać się szalikiem i opierać głowę o czapkę zwiniętą w kulkę.

Po takim tygodniu naprawdę powinnam się porządnie wyspać i odpocząć.

A ja jadę do Poznania z przesiadką we Wrocławiu o czwartej nad ranem.

MOŻE MI ODBIŁO.

Ale zrobię dla siebie wszystko. Tak. Dla siebie. Wszystko.

Docieram do Poznania z lekkim opóznieniem o ósmej nad ranem. Zanim zgadam się z kumplem, minie jeszcze kilka godzin. Marzę o tym, żeby zobaczyć, w jakim stanie mam twarz i czy powinnam jednak ukrywać się przed ludzmi, czy może aż tak nie straszę. Zęby takie nieumyte, make-up taki wczorajszy. Idę do galerii i szukam toalety, ale okazuje się płatna, a ja nie mam drobnych, więc wzruszam ramionami na wygląd i idę na kawę.

Plan mam taki jak zawsze: żadnych sztampowych zabytków, idę na żywioł. Jestem tu po to, żeby się zgubić, zabłądzić, zapomnieć o planach. Nie chcę pytać przechodniów o drogę w napięciu, że nie zdążę wszystkiego zobaczyć ani z mapą pędzić na tramwaj. Jestem tu dla siebie – chcę zrobić coś dla siebie, chcę odnalezć częsć siebie. Do tego potrzebuję spokoju.

Pada mi laptop, więc zabieram walizkę i wchodzę z galerii. Idę Mostem Dworcowym i już – jestem na Roosevelta. Dzwonię do siostry, chce mi się skakać ze szczęścia, nie mogę uwierzyć, że w końcu tu jestem. Kroczę z dumnie uniesioną głową, słońce świeci jak szalone, jest chłodno, jesiennie i w myślach nucę piosenki z lat 60. i 70., mysląc o Cesi Żak, Anieli Kowalik, Kresce, Pawełku, Idzie i Gabrysi Borejko.

Kiedy załatwiałam sobie nocleg, nie miałam pojęcia, że ulica, na której będę mieszkać, znajduje się w samym centrum Jeżyc. Kiedy z dwudziestu kawiarni wybrałam tę jedną, jedyną, która z jakiegoś powodu szczególnie przypadła mi do gustu, nie miałam pojęcia, że jest dwie ulice dalej. A kiedy dotarłam do sweet surrender, usiadłam z wielką filiżanką kawy przy stoliku i zaczęłam rozmowę z właścicielem, nie mialam pojęcia, że to jest własnie ta kamienica, na rogu Krasińskiego i Roosevelta, w którym mieszkali bohaterowie Jeżycjady.

To wszystko to jakis szalony zbieg okoliczności.

Jestem szczęśliwa. Cholernie szczęśliwa.

TAK MIAŁO BYĆ.

Wieczorem lekko spózniona biegnę na spotkanie. Przychodzą głównie moi znajomi blogerzy, ale jest i Paula, więc mamy nie tylko networking, ale i feedback. Widzimy się na żywo po raz pierwszy i siedzimy w kawiarni pięć bitych godzin, aż do zamknięcia – ciągle mamy za mało czasu, by obgadać wszystkie sprawy.

Mam tylko kilka tysięcy czytelników. Mogłabym się załamać niską frekwencją, ale wiem, że to i tak spory procent. Nie chcę czekać kolejnych kilku lat, by poznać ludzi, którzy mnie czytają. Jestem wdzięczna za to, jak już jest. A jest dobrze. Miło mi, że jesteście.

Idę z Olą na spacer po mieście i to z nią zaczynam powoli ogarniać Poznań. Zapamiętuję drogę do centrum i dziesięc nazw ulic, wiem, gdzie jest zamek, gdzie filharmonia, gdzie Teatr Polski, a zewnątrz widzę najpiękniejsze kawiarnie swiata. Docieram do jarmarku świątecznego i prawie dostaję alergii.

Ale choć drażni mnie ta samonakręcająca się spirala zakupów, jarmark w Poznaniu robi na mnie wrażenie. To nie jest tak, że budka z pierdołami stoi na drugiej budce, pomiędzy nimi przeciska się tłum ludzi, a wokół unosi się zmiksowany zapach grzańców, oscypków i kiełbasek. Na jednym końcu stoi drewniany domek, oświetlony jasno kolorowymi lampkami, a z niego widać cały plac. Po drugiej stronie kręci się diabelski młyn. Wygląda to nieziemsko.

Stary Rynek w Poznaniu ma to coś, czego brakuje mi w Krakowie. Nie muszę walczyć ze swoją agorafobią, bo spaceruje tam kilkakrotnie mniej turystów. Choć jest niewiele mniejszy niż Rynek Główny, daje znacznie bardziej wyraziste wrażenie przestrzeni.

Przypomina mi o górach. A to nie jest łatwe.

Wracając, mijam hotel Mercury, w którym Pawełek rozpoznał we Frani Anielę.

Nie mogę uwierzyć, że jest mi tak spokojnie.

I TAK DOBRZE.

W sobotę znów czuję, że tracę równowagę. Zasypiam, nie ogarniam, deszcz leje się tak, że po godzinie spaceru mam kompletnie przemokniętą zimową kurtkę. Muszę wrócić na chwilę do domu, żeby ją wysuszyć, wypić ciepłą herbatę i trochę się ogrzać. Przeglądam zdjęcia, które zrobiłam na spacerze po Jeżycach.

Poznań jest taki nie na pokaz. Jest zaniedbany, to prawda. Jeżycami zachwycam się jak Kazimierzem, ale secesyjne budynki, które przykłuły moją uwagę, wcale nie są ładne na pierwszy rzut oka. Głębokie balkony o wymyslnych balustradach aż kuszą, żeby rozpalić na nich ognisko. Z kominów leci czarny dym i odznacza się wyraznie na tle chmur. Wysokie wieżyczki z metalowymi daszkami i małymi okienkami wydają się przytulne, ale zimne wewnątrz. Po fasadach spływa woda, malując rozległe mokre plamy, odpada tynk, rynny kończą się metr nad ziemią.

A jednak ten brak dbałości mnie ujmuje. W Krakowie wszystko jest doprowadzone do perfekcji, a Krakusy lubią mówić, że to z miłości do miasta.

Może i z miłości. Ale do pieniędzy.

O TO CHODZIŁO.

W niedzielę znów zasypiam, trochę pracuję i jadę z Olą na Maltę, bo wydaje mi się to całkiem zabawne, by zrobić zdjęcia w miejscu o takiej nazwie w tak deszczową, listopadową, ponurą pogodę. Po drodze zaliczamy wegetariańską knajpę na Wawrzyniaka i z satysfakcją jem obłędną, marokańską zupę, która jest tak sycąca, że nie robię się głodna aż do wieczora.

Przenosimy się na drugi koniec miasta i spacerujemy przy jeziorze. Parę minut Ola zabiera mnie do jednej z najbardziej klimatycznych kawiarni ever. Kiedy wchodzimy do La Ruina, najpierw uderza mnie swiatło, zapach kawy i ciepło przestrzeni, zaraz potem – jej niewielki rozmiar. Pomieszczenie ma wielkosc pokoju i całkowicie wypełniają je stoliki ustawione bardzo blisko siebie. Kiedy obok nas dosiada się para z wielkim retrevierem, ogon, którym wymachuje, smyra bok naszego stolika.

Myślę, że totalnie jednak jestem psiarą.

Zamawiamy gigantyczną kawę i jest tak pyszna, że znika po kilku chwilach. Rozglądam się wokół i widzę ludzi całkowicie pochłoniętych rozmową. Wewnątrz jest jasno, ciepło i ciasno. Czuję się zupełnie tak, jakby ktoś przeniósł mnie nagle do centrum Berlina i wepchnął w jakąś przypadkową kawiarenkę. Nagle dociera do mnie zapach plakatówki.

Nieważne. Jest miło.

Po kolejnych, zabieganych dniach, po nieprzespanych nocach i nieusłyszanych budzikach, po kolejnej serii rzeczy, które w życiu mi nie wyszły, czuję się tak, jakby ktos nagle zarzucił mi na ramiona ciepły koc i mocno nim otulił. Odpoczywam. Naprawdę odpoczywam.

Chociaż przez moment.

NIEWIELE TRZEBA.

Marzyłam o tym Poznaniu, odkąd skończyłam 12 lat. Zaczytywałam się w książkach Musierowicz, zakochiwałam się kolejno we wszystkich bohaterkach i obiecywałam sobie, że przespaceruję się kiedys ulicą Roosevelta, wspominając Anielę Kowalik, Cesię Żak i Borejków.

Ale ciągle jakoś nie miałam ani pomysłu, ani powodu, dla którego mogłabym tam pojechać. Zwłaszcza, że Poznań daleko – i od Śląska, i od Małopolski. Zbierałam się w sobie i zbierałam, aż w końcu kupiłam bilety na pociąg, załatwiłam nocleg i umówiłam się ze znajomymi w pięknej kawiarni na Jeżycach. I nagle okazało się, że nie muszę mieć powodu.

Powinnam częściej robić coś dla siebie.

You Might Also Like