BLOGOWANIE SLOW LIFE

ZAWIESZAM BLOGA.

To nie jest żart. Zbierało się na to od dawna. Pisałam coraz mniej regularnie i coraz słabiej, wrzucałam teksty o dziwnych porach, nie odpisywałam na komentarze. Czułam się z tym źle i długo próbowałam coś zmienić, by działać bardziej skutecznie. Teraz wiem, że nie można tego uniknąć.

Blog stał się dla mnie przykrym obowiązkiem, chodzącym wyrzutem sumienia. I bardzo mnie to boli. Pisanie, wymyślanie historii było moją największą pasją od dzieciństwa, a w młodości – błogosławioną odskocznią, która nadawała życiu sens, kiedy działo się w nim naprawdę źle. Ale od pewnego czasu pisanie to walka z samą sobą. 

Zaczęłam pisać w środku nocy. Zaczęłam tępo gapić się w komputer po trzeciej kawie o szesnastej, czując, jak bolą mnie wszystkie mięśnie. Zaczęłam pisać z bólem głowy, bólem brzucha. Zaczęłam pisać, odpuszczając sobie zwyczajne życie.

JESTEM TOTALNIE WYPALONA.

Mój przyjaciel uśmiecha się, gdy mówię, że brakuje mi czasu. Ale nikt z nas nie jest w stanie zamienić się życiem z drugą osobą, by przekonać się, czy to kwestia złej organizacji czy faktycznie – nadmiernej ilości obowiązków, problemów i presji. Mnie wystarczy myśl, że od 1,5 roku działam zgodnie ze swoim sumieniem, dzięki czemu sama przed sobą wiem, że to prawda – brakuje mi czasu. Nie jestem w stanie magicznie wyczarować kolejnej doby w tygodniu. A najlepiej dwóch.

Brakuje mi czasu dla siebie. Brakuje mi czasu nie tylko na sen, brakuje mi czasu na odpoczynek. Na to, żeby poleżeć z książką, obejrzeć film, przytulić się do kogoś ukochanego, poleżeć z maseczką albo iść do sauny. I to nie jest kwestia kalendarza. To kwestia życia. Nagłych telefonów. Nieoczekiwanych chorób. Bardzo smutnych śmierci.

Nie byłam w stanie przejść wobec życia obojętnie. Nie byłam w stanie wygrać walki z okolicznościami, ze sprawami, na które nie miałam wpływu. Teraz potrzebuję trochę czasu, by dojść do siebie. I muszę dokonać wyboru.

PSYCHOLOGIA WYGRYWA WE WSZYSTKIM.

Ci, którzy są tu ze mną trochę dłużej, pamiętają jeszcze starą, poczciwą nazwę – Rok bez studiów – od której wszystko się zaczęło. Wiecie więc dobrze, jak ciężko walczyłam o to, by dostać się na wymarzone studia i jak bardzo się bałam, że mi się nie uda. I z jak wielkim niezrozumieniem moja decyzja spotkała się wśród ludzi.

Wygrałam tę wojnę, przetrwałam strach, niepewność, największy w moim życiu brak stabilizacji. Nie chcę tego stracić. 

Wiem, co chcę robić w życiu, wiem, na czym mi zależy, ale tylko jednej rzeczy mogę poświęcić się na 100%. Chcę swój czas i zaangażowanie oddać sprawie, której wartość jest niezaprzeczalna. Mogę sobie wmawiać, że pisząc teksty na blogu pomagam ludziom – ale to mocno naciągana teoria. Nie znamy się osobiście. Nikogo z Was nie mogę przytulić. Nikomu nie podam chusteczek. Nikt z Was nie spróbuje mojego omletu, który koi wszystkie smutki.

Prawda jest taka, że pisząc, realizuję po prostu swoją pasję. Jeżeli w ten sposób komuś pomagam, to przez wypadkową działań. Cieszę się, jeśli to działa. Ale nie będę sobie wmawiać, że ratuję jedną ludzką pandę, jedno zbolałe serduszko za każdym razem (every fucking time!), gdy siadam do klawiatury. 

To jakieś pławienie się we własnej chwale. Smyranie się po brzuszku. Drapanie się po pleckach.

Na wieki wieków niech daleko mi będzie do samozachwytu.

TAK, TO COŚ OSOBISTEGO.

Nie wierzcie w to, że nie da się połączyć studiów, treningów i pasji. Oczywiście, że się da. Zawsze w to wierzyłam i sama tak robiłam przez wiele miesięcy. Ale w mojej sytuacji problem jest trochę bardziej złożony – jestem w stanie działać tylko wtedy, gdy w życiu prywatnym wszystko jest dobrze. A nie jest dobrze. Jest źle. I to od dawna. 

Blog jest mój i często piszę o sobie. Ale mam taką zasadę, że dzielę się swoimi przeżyciami, nie problemami. Wierzę w siłę opowieści i doświadczeń. Piszę o sobie zawsze z nadzieją, że moja historia komuś się przyda, doda motywacji, pokaże, że warto wierzyć w siebie, marzyć, mieć nadzieję, że będzie dobrze. Świat byłby naprawdę lepszym miejscem, gdybyśmy uczyli się na cudzych błędach, a nie na własnych. 

Ciężko mi być pozytywnym, kiedy życie ścina mnie z nóg. To nie tak, że się poddaję, że odpuszczam. Tego po prostu jest za dużo. Za dużo prywatnych spraw zwaliło mi się na głowę. Za dużo problemów osobistych, za dużo zawodów na bliskich, za dużo chamstwa, egoizmu i agresji – od obcych. Za dużo nieprzespanych nocy, migrenowych bólów głowy, spiętych mięśni. I łez. A twardzielki przecież nigdy nie płaczą.

Zwyczajnie nie mam już siły nie jako żywa istota, ale jako – człowiek.

TO NIE JEST KONIEC.

Mam taką zasadę od lat: gdy jest mi źle – natychmiast działam i próbuję coś zmienić. Nie jestem przecież masochistą, dążę do szczęścia jak każda świadoma jednostka. Próbowałam już wszystkiego, by uniknąć tak gwałtownej decyzji. Ale znane mi metody po prostu przestały działać.

Zdecydowałam więc, że pora zrobić przerwę. Wstępnie na miesiąc, ale niczego nie obiecuję. Bo wiecie, zawsze mówimy: Do zobaczenia. I czasem po prostu już się nie wraca…

Trzymajcie się ciepło, misiaczki. 

You Might Also Like