STUDIA

Matura na 60%.

Matura na 60%.

Szłam powoli przez niewielki plac zabaw, szukając miejsca dla siebie. Podwórko było opustoszałe. W ręku ściskałam kawałek papieru, ozdobionego w cienkie, żółte sprężynki, srebrną ramkę i kilka pieczątek. Wiedziałam, że ten dzień w końcu nadejdzie. I chciałam być wtedy sama.

W głowie wciąż miałam pocieszający uśmiech nauczycielki, która wręczała mi wyniki. Nie chciałam wiedzieć nic więcej. Zwinęłam dyplom w gruby rulonik, minęłam tłum rozgadanych uczniów i szybkim krokiem wyszłam ze szkoły. Próbowałam odłożyć w czasie moment, w którym przyjdzie mi się zmierzyć z rzeczywistością i tę chwilę, w której stracę ostatnią nadzieję.

W końcu znalazłam stare, zniszczone schodki, na których kilka miesięcy wcześniej wyjęte spod prawa piłyśmy piwo i usiadłam samotnie wśród wysokich drzew i nieskładnych krzewów. Z dala od szumu ulicy, ciekawskich spojrzeń rozwinęłam rulonik i zobaczyłam wyniki rozszerzeń: 66, 68, 59.

A przecież to musiał być UJ.

WIELE RZECZY MOGŁAM ZROBIĆ INACZEJ.

Widziałam swoje błędy – poszłam tylko do liceum, a chciałam zmieniać cały świat. Wzięłam na siebie za dużo: z jednej strony samorząd szkolny, z drugiej klasowy, z trzeciej radiowęzeł. Chodziłam na biol-chem, uczyłam się trzech języków i zapisałam się na olimpiadę z polskiego. Uwielbiałam, gdy wokół mnie dużo się działo, gdy robota dosłownie paliła mi się w rękach. Interesowało mnie za dużo. I chcialam chwycić wszystkie sroki za ogon.

Byłam pewna czego chcę, ale nie miałam pojęcia, jak zamienić wizję w kierunek. Na pamięć znałam listę swoich marzeń i ambicji, bez obaw mogłam wymienić swoje talenty i zdolności. Studia miały być dla mnie kolejnym kursem, darmowym sposobem na rozwój w jednej z interesujących mnie dziedzin. Chciałam się rozwijać. Nie miałam pomysłu na siebie, ale nie brałam pod uwagę, że coś może pójść źle.

Znalazłam kilka kierunków, które mogłyby przydać mi się w życiu, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, by zainteresować się warunkami rekrutacji. Nie chciałam zdawać matury ani z biologii, ani z chemii, nie miałam pasji związanych z profilem. Wzruszałam ramionami na arkusze maturalne. Nie analizowałam kluczy, nie przeglądałam odpowiedzi, nie uczyłam się niczego na pamięć i koniecznie chciałam walczyć z systemem.

Miałam mocne postanowienie, że nie dam w sobie zabić kreatywności.

Zupełnym przypadkiem odebrałam sobie szanse na dobre studia i prestiżową uczelnię.

TAK MIAŁO BYĆ.

Wiedziałam, że muszę poprawić maturę. Dlatego w lipcu na szybko opracowałam plan b: nie wyjadę do innego miasta, zostanę z rodzicami, trochę pobiegam, trochę popływam, zrobię patent żeglarski i kurs ratownika, a za rok, w trakcie studiów, będę mogła dorabiać sobie na basenach. Ale pomysł był szalony, a ja czułam, że to nie jest moje życie, więc w sierpniu raz jeszcze przejrzałam oferty uczelni i znalazłam rozwiązanie.

Czytałam stosy książek. Uwielbiałam poezję. Kiedyś chciałam być nauczycielką. Dobrze znałam dwa języki, a w głowie miałam dużo dat i wierszy. Wydawało mi się, że chcę być artystką, więc trzymając się mocno tej myśli, wybrałam polonistykę.

Przez pół roku byłam pewna, że prędzej czy później zmienię ten kierunek. Ale gdy przyszedł czas składania deklaracji maturalnej, zaczęłam się zastanawiać. Nie zdążyłam niczego jeszcze sobie przemyśleć. Wciąż nie wiedziałam, w jaką stronę chcę pójść. Studia angażowały mnie na tyle, że zdążyłam już zapomnieć większości rzeczy, których nauczyłam się w liceum. Machnęłam ręką, zostałam tam, gdzie byłam i zaczęłam wierzyć w to, że polonistyka jest moim przeznaczeniem.

A potem nie poszłam na egzamin z literatury i spędziłam wakacje, próbując zainteresować się Odprawą posłów greckich, łacińską wersją wierszy Kochanowskiego i filozofią średniowiecza. I nie mogłam. Płakałam, próbowałam i znów nie mogłam. Oblałam poprawkę, zapłaciłam za warunek 860 zł i wylądowałam w dusznej auli na gramatyce historycznej. Przyjrzałam się raz jeszcze liście przedmiotów zawierających słowo „literatura” w nazwie i zrozumiałam, że nie mogę, nie mogę dłużej tak żyć.

I rzuciłam studia w cholerę.

CZASEM PO PROSTU SIĘ WIE.

Tym razem miałam jasno określony cel. Wiedziałam, że to musi być psychologia, że jak już czytać, to i sprawdzać w życiu, obserwować, dyskutować, odkrywać i pomagać. Każdy kolejny tydzień coraz mocniej utwierdzał mnie przekonaniu, że wiem, co robię i powinnam walczyć do skutku. Nie uczyłam się dużo, nie zależało mi na przygotowaniu. Widziałam sens w walce o każde angielskie słowo, w rezygnacji ze swoich literackich przekonań na rzecz skrupulatnej analizy naukowej. Czułam, że sobie poradzę.

Kiedy w trzeciej rekrutacji złożyłam papiery na polonistykę, nie wiedziałam, czego naprawdę chcę i każdą szansę uznawałam za znak. Szamotałam się pomiędzy pasjami – od pisania, przez języki aż po taniec. Wyrzuciłam do kosza kilka planów b, przegrałam czas, którego nie da się odzyskać. Straciłam pieniądze i zdrowie na przedmioty, z których wiedza do niczego już mi się nie przyda. Przepłakałam kilka nocy, przemęczyłam kilka miesięcy. Byłam nieskuteczna. I bardzo zagubiona.

Nie szukałam kierunku, na który chcę pójść. Szukałam kierunku, którym chcę podążać. Mogłam być nauczycielką, instuktorką salsy albo rekruterką w HR’ach. Mogłam wykonywać wiele zawodów i wiem, że swoją ciężką pracą w każdym z nich mogłabym osiągnąć jakiś sukces. Mogłam robić wiele rzeczy. Ale chciałam osiągnąć coś więcej, niż to, co tylko mogę.

I kiedy patrzę dziś na grube segregatory notatek, wiem, że to wszystko było warte – tej pasji, z jaką teraz siadam do książek.


Autorem zdjęć jest Priscilla du Preez.


Hej, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub moją stronę na Facebooku, zostaw komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że w dobie cięcia zasięgów moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś. :)

                                                                                                                                      

You Might Also Like