TEKSTY

Po drugiej stronie szklanego ekranu

w sieci

Wychowałam się w małym mieście. W mieście, w którym latem zachód słońca okrywał czerwienią i złotem tak samo beżowe od lat budynki, a wiatr każdego roku czesał w wydmy biały dywan śniegu na trawniku przed oknem. Nic się nie zmieniało.

W drodze do kościoła dziesiątki razy kłanialiśmy się rodzicom kolegów ze szkoły, a znajomy ksiądz uśmiechał się, jeśli Cię rozpoznał, dając komunię. Wiedziałam, w których klatkach mieszkają moi sąsiedzi, choć nigdy nie potrafiłam zapamiętać, kto czyim jest mężem albo córką. Nasz świat był tak mały, że przyjaciół z przedszkola spotykało się znów w gimnazjum, a znajomych z podstawówki mijało na korytarzu w liceum.

Wychowałam się wśród nazwisk i twarzy, które dobrze znałam. Wracały do mnie co parę lat jako wspomnienie tego, co nam się udało i tego, co nam nie wyszło. Co jakiś czas spotykaliśmy tych, z którymi drogi dawno nam się rozeszły i trzeba było znów się uśmiechnąć. Czasem wiązaliśmy się z tymi, w których kiedyś rzucaliśmy kredą. Na osiemnastkach siadaliśmy razem i po prostu piliśmy wódkę.

Wychowałam się w mieście, w którym głupio było uciec wzrokiem na czyjś widok. 

w sieci

PRZYJAŹŃ, KTÓRA JEST WARTOŚCIĄ.

Kilka miesięcy temu koleżanka zapytała mnie, czy te wszystkie przyjaźnie z uczelni mają sens, skoro życie nauczyło nas już, że wraz z nowym środowiskiem wymieniamy ludzi na nowych jak coroczny komplet bielizny. Łączymy się w paczki i dzielimy notatkami, a gdy potrzebujemy towarzystwa – wychodzimy na piwo albo do klubu. Szukamy towarzystwa, bo ludzie, którymi otaczaliśmy się w naszych małych miastach, są już daleko stąd, a człowiek to przecież istota społeczna. 

Wtedy powiedziałam, że przyjaźń sama w sobie jest wartością i nie ma znaczenia czas jej trwania – tylko sam fakt, że istniała, że mimo porażek, wciąż chcemy do kogoś się przywiązać, komuś zaufać. Ale zaraz potem poczułam, że to nieprawda. My już dawno przestaliśmy wierzyć w sens nowych relacji. Prawdziwe życie rozgrywa się dla nas daleko od miejsc, w których spędzamy większość czasu. Jesteśmy zdystansowani. Czujni. Nieufni.

Wierzymy w ludzi tylko dlatego, że widzimy się z nimi raz na pół roku. Opieramy cały sens istnienia przyjaźni na pojedynczych spotkaniach. Może to nasza wierność. A może brak umiejętności pogodzenia się z tym, co przemija. Bo gdy dzieje się źle, gdy życie wali nam się w pył, możemy po prostu nie zadzwonić, a oni zdążą zapomnieć o naszym istnieniu – zajęci swoim życiem przecież tylko przez chwilę. Będą przy nas przypadkowi ludzie, przed którymi uda nam się otworzyć i ich ramiona wyciągnięte instynktownie na widok smutku wypisanego na naszych twarzach. Do tego nie potrzeba słów.

w sieci

Taki smutny jest świat, w którym wierzymy w relacje ciągnące się od lat i trwające dzięki istnieniu Internetu. Taki nieszczęśliwy jest dzisiejszy człowiek, ufający tym, którzy są daleko stąd, w innych miastach, w innych środowiskach, niewierzący w ludzi, których dopiero może poznać. Tak naiwne jest nasze zaufanie oparte tylko na odbieranych telefonach i wiadomościach, które wciąż nie pozostają jedynie wyświetlone.

I tak biedni jesteśmy my – wierzący w relacje, w których można po prostu przestać odbierać, przestać odpisywać, przestać wyświetlać.

Cholernie dziś wszyscy jesteśmy samotni.

TO NIE JEST PRAWDZIWY ŚWIAT.

Boję się cofnąć w rozmowach o kilka lat. Wstydzę się za rzeczy, które mogłam wtedy mówić. Nie dlatego, że nie byłabym w stanie ich sobie wybaczyć. Ale dlatego, że zawsze można do nich wrócić i nigdy o nich nie zapomnieć, a ja nie jestem tym, o czym myślałam i mówiłam parę miesięcy temu. Jestem tym, o czym myślę dzisiaj.

To jest świat, w którym nic nie ma wystarczającej mocy. Między słowami, którymi Ty ranisz, a słowami, które ktoś właśnie pisze, by zranić Ciebie, idziesz zaparzyć herbatę. Nie pamiętasz komplementów, nie pamiętasz słów krytyki. Nie pamiętasz, od czego zaczęła się kłótnia, po której z przyjaźni zostają tylko zgliszcza i słabe, mgliste wrażenia. Idziesz dalej i nie musisz nikomu nawet spojrzeć w oczy, by móc wstydliwie spuścić wzrok.

w sieci

W realnym świecie pamiętamy nawet podmuch wiatru, przed którym usłyszeliśmy, że to koniec. W realnym świecie ktoś zaraz odwoła słowa wypowiedziane w złości, gdy zobaczy, jak łzy ciekną po Twoich policzkach. W realnym świecie, ktoś złapie Cię za rękę, nim wyjdziesz, przeprosi i powie: „Nie odchodź.”. W realnym świecie, wybiegnie za Tobą i zatrzyma Cię, nim będzie za późno.

W sieci poczeka do jutra, żeby ochłonąć i przestanie odpisywać, nim powie za dużo. Przez godzinę będzie pisał do Ciebie list, by wyjaśnić Ci wszystko, a potem usunie go, nim kliknie ‚Enter’. Odstawi na potem, zapomni, więcej się nie odezwie. Nie poczuje ani przez moment tęsknoty, wiesz? Bo w sieci nie jesteś nawet głosem, za którego ciepłem można zatęsknić ani śmiechem, którym można się zarazić.

W życiu jesteśmy dla siebie radością, czułością i wsparciem. Wzruszeniem na filmie, euforią na koncercie, przygodą w parku z interwencją policji. Gadaniem do późnej nocy i spaniem w ubraniach jak kiełbaski – ściśnięci na cudzym łóżku o czwartej nad ranem.

W życiu jesteśmy uśmiechem i łzami. W sieci na zawsze będziemy słowami.


Hej, długo pracowałam nad tym tekstem. Proszę, zostaw po sobie jakiś ślad – polub moją stronę na Facebooku, napisz komentarz albo udostępnij ten artykuł u siebie. Dla Ciebie to tylko moment, a dla mnie to dowód, że w dobie cięcia zasięgów moja praca ma jeszcze jakiś sens. Dziękuję, że jesteś. :)

                                                                                                                                      

You Might Also Like