MOTYWACJA RELACJE SLOW LIFE

Dorosłe życie mnie zawiodło.

Podczas sesji znajomy powiedział mi, trochę nieświadomie, że dopóki nie mam problemów, które spędzają mi sen z powiek, to właściwie nie mam żadnych problemów.

Uśmiechnęłam się tylko, bo tak się jakoś składa, że od trzech miesięcy nie potrafię tak po prostu wyłączyć sprzętów, zgasić światła i zasnąć. Godzinami leżę, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o przyszłości. Martwię się jak diabli. Boję się tego, co za tydzień, za dwa, za miesiąc. To jeszcze trochę potrwa. I nie skończy się ani jutro, ani za kilka dni.

Nie chcę żyć na co dzień tym, czym żyję w nocy. Ale wiem, że nie mogę ciągle udawać, więc czasem napomknę, że jest ciężko. Bez podawania przyczyn, bez zagłębiania się w temat, bez obarczania wszystkich sprawami osobistymi. I wtedy otoczenie po prostu nie wierzy, nie zauważa, że głośno rozmawiam jedynie o problemach, które można jakoś rozwiązać, o sytuacjach, z których można wyjść. A to tylko część prawdy.

Bo sprawy dla mnie najważniejsze zostawiam na długie, samotne, deszczowe trasy. Ostatnio było ich dużo.

Nigdy więc nie powiem, że ten czas był dobrym czasem. 

JESTEM JUŻ DUŻĄ DZIEWCZYNKĄ.

Nie stosuję wobec siebie taryfy ulgowej. Nie przesadzam. Kiedy mówię, że jest mi źle, to jest mi źle.

Tu nie chodzi o jakieś wielkie idee. To nie tak, że jest mi smutno, bo w większości przypadków nie przetrwały nasze związki z liceum. Nie, nie jestem zawiedziona tym, że przyszli dziennikarze zostali inżynierami, przyszli radiowcy zostali biologami, a utalentowane tancerki – pedagogami. Nie jest mi przykro dlatego, że świat się zmienia, bo takie jest jego prawo.

Początek studiów wiąże się zawsze z jakąś tam dozą adrenalinki, z nowymi obowiązkami, z nowym środowiskiem. Cokolwiek by się nie działo, jesteśmy podekscytowani, cieszymy się, uczymy się nowych rzeczy, poznajemy nowych ludzi. Robimy głupoty, uczymy się na błędach, przeżywamy nowe miłości i przyjaźnie, konfrontujemy marzenia z rzeczywistością.

Ale to są początki, a na początku chcesz czuć, że jesteś dorosły i niezależny. Później przychodzą momenty, gdy myślisz: life sucks. Jesteś sam, mieszkasz sam, nie masz czasem do kogo ust otworzyć ani tym bardziej poprosić o herbatę, gdy leżysz z 39-stopniową gorączką. Zagryzasz zęby od tej samotności, która ponoć jest samodzielnością, okrywasz się szczelnie kocem i zwijasz w kłębek.

Ale jeszcze gorszy jest moment, kiedy zaczynasz dostrzegać, że najbliżsi ciężko chorują. Że niektórzy z nich odchodzą. Przeżywasz ich operacje, chodzisz na ich pogrzeby. W jednej chwili są ludźmi, w następnej zostaje z nich tylko ciało. Patrzysz i nie możesz uwierzyć. I nie masz za bardzo z kim o tym pogadać. 

Nigdy się z tym nie pogodzisz. Nigdy się do tego nie przyzwyczaisz.

TO NIE JEST KLASYKA DORASTANIA.

Cały świat mówi Ci, że masz prawo się źle czuć, ale to nieprawda. Masz prawo źle się czuć na tyle długo, na ile akceptują to ludzie, od których zależysz. Po tygodniu jedzenia pizzy, w końcu usłyszysz, że pora się wziąć w garść, bo przytyjesz i nikt Cię nie zechce. Po dwóch tygodniach chodzenia w kratkę na uczelnię ktoś Ci przypomni, że jeśli natychmiast nie oddasz deklaracji, wywalą Cię ze studiów. 

To, co dobre, wychodzi zazwyczaj dopiero na końcu, a cała walka o lepsze okupiona jest trudnościami. To, co złe, czasem gorsze już być nie może. I musisz ogarniać. Musisz nauczyć się z tym żyć. Musisz nauczyć się funkcjonować. Nie płakać w miejscach publicznych. Nie opowiadać nikomu o swoich problemach. Nie zostawiać naczyń w zlewie. Nie spóźniać się do pracy. Płacić rachunki w terminie.

W dorosłym życiu dobre każdego dnia przeplata się ze złym. Nie ma żadnej stabilizacji ani na moment. Być dorosłym to dostrzegać, że przynajmniej Ci ciepło, kiedy pływasz w bagnie. To umieć czuć wdzięczność za to, co masz nawet wtedy, gdy ktoś odchodzi, gdy ktoś Ci coś odbiera, gdy tracisz równowagę i poczucie bezpieczeństwa w kolejnych sferach życia.

NADAL CIĄGNIE MNIE DO CZEGOŚ NOWEGO.

Do skończenia studiów. Do rozpoczęcia pracy. Do własnego mieszkania. Do ślubu jak z bajki. Do założenia rodziny.

Czasem zastanawiam się, jakby to było. Jak to właściwie będzie, jeśli przetrwamy do tego czasu? O czym będę pisać magisterkę? Na jaką ocenę się obronię? Gdzie podejmę swoją pierwszą pracę w zawodzie? Jacy będą moi pierwsi pacjenci? Czy stać mnie będzie na wynajęcie własnego mieszkania i urządzenie go według mojego widzimisię? Czy będę miala długą, białą suknię z wyciętymi plecami, czy gruby kożuch na ramionach? Czy ślub będzie cichy czy z pompą? Kim będzie mój mąż? Jaki będzie? Jaki ja chcę, żeby był? Kogo właściwie szukam?

Jestem taka ciekawa. Taka zafascynowana. Zaintrygowana tym, co dopiero nadejdzie.

A może za parę lat dorosłość zawiedzie mnie tak jak dziś.

NIE JESTEM ANDROIDEM.

Choć chciałabym być. Chciałabym pisać o pozytywnych rzeczach pomimo złych, których ostatnio jest więcej – ale nie potrafię. Wykonuję automatyczne czynności, chodzę na zajęcia, robię notatki. Wszelka praca kreatywna jest ponad moje siły. Nie mogę teraz myśleć.

To przejściowe. 22 rok życia. Okres pomiędzy dobrymi rzeczami, które już wydarzyły się w moim życiu a tymi, które kiedyś nadejdą. Wiem, że wkrótce znów nie będzie tylko normalnie z przerywnikami na ciężko, ale też zwyczajnie nieźle albo nawet dobrze cudownie.

Każdy wie, jak to jest. Nikt z Was nie jest androidem.

You Might Also Like